Program „Inwestycje w dywersyfikację działalności sektora HoReCa” został uruchomiony w ramach KPO jako pomoc dla MŚP dotkniętych skutkami pandemii. Wysokość wsparcia sięgała 90 proc. kosztów inwestycji — od kilkudziesięciu tysięcy do maksymalnie 600 tys. zł. W zamierzeniu miała to być szybka pomoc dla przedsiębiorców.
Kluczowe zasady naboru — w tym definicje dywersyfikacji, progi refundacji i struktura oceny — powstały jeszcze za rządów PiS, w Ministerstwie Funduszy i Polityki Regionalnej. W tym czasie wysokie stanowisko zajmowała tam Małgorzata Jarosińska-Jedynak (PiS), obecnie wicemarszałek województwa podkarpackiego odpowiedzialna już na Podkarpaciu za nadzór nad RARR. RARR stała się jednym z głównych operatorów programu w kraju, obsługując aż cztery województwa: podkarpackie, małopolskie, świętokrzyskie i lubelskie.
Problem ze sposobem wydatkowania środków KPO na program HoReCa zaczął się w całej Polsce, gdy media zaczęły ujawniać serię nieoczywistych projektów, które otrzymały wysokie dofinansowania. Opinie publiczną zaskoczyły m.in. zakupy łodzi motorowych, saun, sprzętu rekreacyjnego aż po przysłowiowy już klub swingersów — wszystko kwalifikowane w ramach pojęcia dywersyfikacji działalności. Choć część operatorów tłumaczyła, że mieściło się to w regulaminie, skala i charakter tych wydatków wywołały poważne wątpliwości co do staranności oceny wniosków a przede wszystkim wracało pytanie: to kto napisał takie zasady?
W ten sposób, obok innych operatorów, pod lupą znalazła się także Rzeszowska Agencja Rozwoju Regionalnego. Problem polega jednak na tym, że zasady pozwalające na tak szerokie interpretacje dywersyfikacji nie są dziełem obecnego rządu. Powstały w Ministerstwie Funduszy za czasów rządu PiS — w okresie, gdy istotną rolę pełniła tam właśnie Małgorzata Jarosińska-Jedynak, dziś odpowiedzialna w zarządzie województwa właśnie za nadzór nad RARR.
Mimo tego PiS konsekwentnie próbował przerzucić odpowiedzialność na obecny rząd, prezentując w debacie publicznej narrację, że problem jest „winą Tuska”, choć konstrukcja programu, logika oceny projektów i kryteria dywersyfikacji powstały dwa lata wcześniej. To z tą narracją mierzył się Krzysztof Kłak — przewodniczący komisji rewizyjnej sejmiku podkarpackiego oraz szef klubu PO — który publicznie wskazywał na odpowiedzialność instytucjonalną i polityczną za etap projektowania systemu, a także domagał się rzetelnego wyjaśnienia działań RARR w trakcie naboru.
Nic dziwnego, że postępowaniem zainteresowała się Prokuratura Europejska. W październiku EPPO włączyła do akt śledztwa materiały przesłane przez Prokuraturę Okręgową w Rzeszowie, w tym zawiadomienie i przesłuchanie Krzysztofa Kłaka. Prokuratura Europejska uznała, że informacje radnego mają znaczenie dla śledztwa.
W takiej właśnie sytuacji — trwających kontroli, analiz i włączonych wątków RARR do śledztwa EPPO — Agencja skierowała do radnego pismo przedsądowe. Znalazły się w nim m.in.: żądanie publicznego odwołania krytycznych wypowiedzi, obowiązek opublikowania oświadczenia przygotowanego przez RARR, groźba pozwu, jeśli radny tego nie zrobi, postulaty, które w praktyce zmierzałyby do zaniechania kontroli nad RARR w przyszłości.
Z perspektywy prawa europejskiego forma i treść takiego pisma przypominają typowe postępowania określane skrótem SLAPP (Strategic Lawsuit Against Public Participation) — czyli działania prawne służące raczej uciszeniu krytyki niż ochronie dóbr osobistych. Dlatego Kłak postanowił zareagować inaczej, niż oczekiwała tego Agencja. Kłak przekazuje pismo RARR do Prokuratury Europejskiej Radny skierował do EPPO oficjalne zawiadomienie, w którym poinformował o piśmie RARR i jego treści. Poprosił również o ocenę, czy działania Agencji nie mają wpływu na toczące się europejskie postępowanie dotyczące wydatkowania środków UE.
Czy RARR i podkarpackie władze naprawdę chciały, by EPPO przyjrzała się ich działaniom? Pismo wysłane do radnego wywołało chyba efekt odwrotny do zamierzonego. Skierowanie pisma grożącego pozwem do osoby, którą Prokuratura Europejska identyfikuje jako źródło informacji, w praktyce oznacza, że działania RARR mogą zostać ocenione jako próba ograniczania swobody krytyki w sprawie dotyczącej środków UE, wywieranie presji na świadka, utrudnianie współpracy z EPPO. Na końcu pojawia się więc pytanie: władze województwa, zarząd, prawnicy RARR nie wiedzą co czynią? Czy też świadomie szukają pola konfliktu z Prokuraturą Europejską żeby przejść na swą ulubioną melodię: winna Unia? Tylko czy i tu skutek nie będzie odwrotny? W PiS uważają, nie ma niebezpieczeństwa, zwykli Polacy zauważą wreszcie, konfliktami z Unią próbuje się zakryć nadużycia klasy politycznej w Polsce? Czy PiS chce doprowadzić do tego, żeby Polacy zaczęli nawet instytucje unijne postrzegać jako nadzieję na to, że obronią ich przed złodziejstwem lokalnych elit? Skoro akcja dzieje się na Podkarpaciu, to można przypomnieć – za czasów Franciszka Józefa też zdarzało się, że ostatnia nadzieja w obronie przed nadużyciami lokalnych kacyków, była w Wiedniu. Czy to jednak był na pewno system, do którego powinniśmy chcieć powrócić?


Dodaj komentarz