Afera z wydatkowaniem środków z Krajowego Planu Odbudowy ujawniła nie tylko luki w procedurach, ale też absurdalne założenia samego programu. Jednym z nich była tzw. „dywersyfikacja” – koncepcja, która w polskim wydaniu stała się zaprzeczeniem elementarnych zasad nowoczesnej gospodarki.
W teorii ekonomii dywersyfikacja jest pojęciem precyzyjnym. W zarządzaniu finansami oznacza rozproszenie ryzyka poprzez inwestowanie w różne aktywa, tak aby strata w jednym obszarze była kompensowana zyskami w innym. W zarządzaniu strategicznym przedsiębiorstw duże koncerny mogą dywersyfikować działalność, ale robią to w sposób skoordynowany, oparty na analizie kompetencji, synergii rynkowych i realnych przewag. Jest to proces kapitałochłonny i ryzykowny, podejmowany świadomie przez podmioty, które mają wiedzę, zasoby i powody, by tak działać.
W polskiej wersji Krajowego Planu Odbudowy pojęcie „dywersyfikacji” zostało jednak wypaczone do granic absurdu. Zostało wprowadzone jako mechaniczny wymóg: przedsiębiorca, aby otrzymać wsparcie, miał rozpocząć działalność inną niż dotychczasowa. Nie chodziło o poszerzenie oferty w ramach istniejących kompetencji, lecz o wejście w dowolną, często całkowicie obcą branżę. W praktyce oznaczało to zachętę do porzucenia specjalizacji – fundamentu nowoczesnej gospodarki – i zastąpienia jej przypadkową aktywnością.
Taka konstrukcja jest sprzeczna z podstawowymi prawami ekonomii.W działalności operacyjnej firm obowiązuje zasada specjalizacji: efektywność rośnie, gdy przedsiębiorstwo doskonali się w tym, co robi najlepiej. Kompetencje, know-how, relacje z klientami i dostawcami – wszystko to buduje przewagę konkurencyjną. Wymuszona dywersyfikacja w oderwaniu od tych zasobów jest przepisem na marnotrawstwo. W praktyce zachęca do inwestowania w projekty przypadkowe, źle przygotowane i nietrwałe.
Ten błąd ma źródło w myleniu dwóch różnych rzeczywistości: Portfela inwestycyjnego, gdzie dywersyfikacja ma sens, Działalności operacyjnej przedsiębiorstwa, gdzie sukces zależy od koncentracji na mocnych stronach.
Nie sposób nie dostrzec drugiego dna. W tak skonstruowanym mechanizmie władza państwowa uzyskuje w praktyce potężny instrument kontroli.Narracja jest prosta: „Państwo pomoże ci w nowej działalności, ale tym samym potwierdza, że może w każdej chwili zamknąć twoją dotychczasową”. To jest psychologiczny i polityczny sygnał wysyłany przedsiębiorcom: akceptuj naszą ingerencję w swój model biznesowy, bo i tak jesteś od nas zależny.
Rezultat? Zamiast wzmocnienia sektora, mamy osłabienie realnych kompetencji, a w zamian powstają projekty groteskowe – inwestycje, które nie mają żadnego sensu rynkowego, ale spełniają absurdalne kryteria biurokratyczne. W tej logice klub swingersów i jacht stają się równoprawnymi „przejawami odporności gospodarczej”.
Jeżeli ktoś wprowadza do gospodarki mechanizm sprzeczny z jej podstawowymi zasadami – i robi to w imię „odporności” – można to tłumaczyć tylko dwiema rzeczami: skrajną ignorancją w zakresie ekonomii, lub świadomym tworzeniem pola dla arbitralnych decyzji i politycznych geszeftów.
W obu przypadkach mamy do czynienia z tym samym problemem: klasa polityczna, która tak rozumie gospodarkę, jest realnym zagrożeniem dla państwa. Nie jest to kwestia jednego programu, ale stylu rządzenia, w którym interes polityczny i krótkoterminowe korzyści przeważają nad racjonalnością ekonomiczną. Jeżeli „elita” PiS będzie miała nadal wpływ na polską gospodarkę (bo np. rządzą w województwach, albo wrócą do władzy w Warszawie…), będzie powracać taki sposób myślenia, rodem z PRL. To partyjny sekretarz wie przecież najlepiej, jak się powinno prowadzić firmy. Osławiona scena z „Poszukiwany poszukiwana”, gdy niezapomniany Jerzy Dobrowolski stawia makietą bloku na środku jeziora, nawet w PRL była satyrą. Za czasów PiS to staje się rzeczywistością skutkującą dywersyfikacją w klub swingersów.


Dodaj komentarz