Drugie dno - odsłona pierwsza

Drugie dno – część pierwsza

Politycy Prawa i Sprawiedliwości to tacy ludzie, którzy nie odpuszczą żadnej okazji, by nawet najdrobniejszą sprawę wykorzystać do manipulacji politycznej. Zwłaszcza jeśli przy rozgrywaniu szpitalem poczują kamerę, możliwość rozgrywania konfliktem o „dobro studentów”. Wątpliwości dotyczące tego, co działo się w dawnym Klinicznym Szpitalu Wojewódzkim nr 1 w Rzeszowie – obecnym Szpitalu Uniwersyteckim – wciąż bada prokuratura. Ale ci sami politycy, którzy przez lata kontrolowali tę instytucję, nadal są gotowi wykorzystywać medycynę jako scenę swoich rozgrywek. Tym razem w roli zakładników występują studenci, a rektor Uniwersytetu Rzeszowskiego, profesor Adam Reich, staje się nieświadomym (chyba?) narzędziem tej gry.

Zaczęło się od komunikatu, że studenci medycyny nie będą odbywać zajęć w Szpitalu MSWiA w Rzeszowie. Rektor Reich nie podpisał nowej umowy, argumentując, że w szpitalu tym nie mogą powstać oddziały kliniczne – te mają być zarezerwowane dla nowego Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego w Świlczy. W teorii to uporządkowanie struktury akademickiej, w praktyce – ruch o konsekwencjach dużo poważniejszych niż może się wydawać.

Tylko nowy szpital w Świlczy istnieje na razie wyłącznie w materiałach promocyjnych i na wizualizacjach. Choć Uniwersytet otrzymał 300 milionów złotych ze środków rządowych, to kwota zaledwie symboliczna wobec całości kosztów inwestycji, które przekroczą trzy miliardy. Najbardziej optymistyczne prognozy mówią o ukończeniu budowy w 2032 roku. A więc przez prawie dekadę uczelnia i tak będzie musiała korzystać z cudzej infrastruktury – szpitali wojewódzkich, miejskich i resortowych. Dlaczego więc właśnie placówce MSWiA, jedynej w regionie z pełnym zapleczem dydaktycznym i akademickim, odmówiono współpracy?

Dyrektor szpitala, profesor Krzysztof Gutkowski, w piśmie do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji tłumaczył, że uczelnia wprowadziła do umowy zapis zabraniający szpitalowi posługiwania się słowem „kliniczny”. Oznacza to faktyczny zakaz rozwoju i awansu placówki. „Zakaz dbania o prestiż szpitala jest zaprzeczeniem idei uniwersyteckości” – napisał Gutkowski, który sam od 22 lat jest pracownikiem Uniwersytetu Rzeszowskiego. Jego słowa brzmią jak gorzka diagnoza środowiska, w którym ambicje naukowe ustępują politycznym rozgrywkom.

I tu na scenę wchodzą dobrze znane postacie – marszałek Władysław Ortyl i jego zagończyk Stanisław Kruczek. To oni natychmiast podchwycili temat, próbując emocjonalnych manipulacji. W mediach społecznościowych Kruczek dramatycznie ogłasza „Wstyd!”, oskarżając wojewodę Teresę Kubas-Hul o blokowanie studentów, a przy okazji wspominając, że budowa szpitala „ruszy dopiero po powrocie PiS do władzy”. Niechcący zdradził tym samym prawdziwy sens całej operacji: nowy szpital ma być nie projektem medycznym, lecz politycznym zakładnikiem.

Rektor Reich, być może w dobrej wierze, dał się wciągnąć w ten scenariusz. Jego decyzja stała się dokładnie tym, czego potrzebowali Ortyl i Kruczek – pretekstem. Dzięki niej mogą dziś udawać obrońców studentów i szpitala MSWiA, choć to oni przez lata decydowali o strukturze finansowania, inwestycjach i personaliach w rzeszowskiej służbie zdrowia. Teraz, gdy kontrola nad tym systemem się wymknęła, próbują odtworzyć ją poprzez kryzys. W ich narracji rektor staje się figurantem, wojewoda – przeciwnikiem, a szpital MSWiA – terenem politykierskich, jak się dziś mawia, proxy-war.

Rzecz jednak nie w samej propagandzie. Problem w tym, że za tą grą stoją realne konsekwencje. Wstrzymanie zajęć w MSWiA oznacza, że ogromna rzesza studentów medycyny i innych kierunków studiów medycznych straciła dostęp do zajęć praktycznych, a uczelnia musi w pośpiechu szukać nowych miejsc dydaktycznych. To nie jest akademicka drobnostka – to poważne uderzenie w rytm kształcenia i przygotowanie przyszłych lekarzy ratowników medycznych, fizjoterapeutów i pielęgniarek. W regionie, który już dziś cierpi na niedobór kadr medycznych, taka decyzja jest nieodpowiedzialna. Patrząc na całość, trudno nie zauważyć pewnego paradoksu: rektor Reich odmawia szpitalowi MSWiA statusu klinicznego, uzasadniając to planem „centralizacji” w nowym, jeszcze nieistniejącym szpitalu – ale jednocześnie korzysta z rządowych pieniędzy na jego budowę. Dostaje 300 milionów z budżetu centralnego, po czym dystansuje się od placówki, która właśnie podlega rządowym strukturom. To decyzja, która nie mieści się w logice obiektywnej współpracy, ale doskonale mieści się w logice politycznej intrygi. Trudno powiedzieć, czy Reich działał świadomie, czy po prostu dał się wykorzystać. Faktem jest, że jego decyzja stała się amunicją dla Ortyla i Kruczka. Wystarczyło jedno pismo, by zrodzić narrację o rzekomym „blokowaniu studentów przez rząd”. To klasyczna metoda – wywołać konflikt, a potem stać z boku i wskazywać winnych.

W efekcie powstał absurd: politycy, którzy przez lata mieli wpływ na system ochrony zdrowia i nie rozwiązali żadnego z jego strukturalnych problemów, dziś występują w roli obrońców młodzieży i patronów „wolności akademickiej”. Tymczasem to właśnie oni przekształcili uczelnie i szpitale w pola minowe, na których każdy błąd można obrócić w propagandowy sukces.

Nie sposób nie zauważyć, że pod hasłem „rozwoju medycyny” toczy się tu walka o symboliczne terytorium – o to, kto będzie patronem nowoczesności na Podkarpaciu. Czy wojewoda i rząd, czy samorząd spod znaku PiS. Szpital MSWiA to dla tej rozgrywki tylko wygodny rekwizyt.

W cieniu tego teatru zostali ludzie, którzy powinni być w centrum – studenci, lekarze, pacjenci. To ich codzienność jest zakładnikiem ambicji, układów i lęków polityków, dla których każdy kryzys jest szansą. A może właśnie o to chodziło: żeby chaos trwał, bo z chaosu najłatwiej budować narrację o „niesprawiedliwości” i „złym rządzie”.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *