Drugie dno drugiego dna

Drugie dno drugiego dna

Z pozoru wszystko już wiemy. Rektor nie podpisał umowy, studenci nie poszli na zajęcia, politycy PiS udają oburzonych, a „Gazeta Wyborcza” – po serii publikacji – ogłasza kolejną odsłonę swojej opowieści o „konflikcie w rzeszowskiej medycynie”. Ale kto chwilę się zatrzyma i przeczyta te teksty bez emocji, ten dostrzeże coś, co wymyka się z pierwszego planu. To, co miało być aferą dydaktyczną, okazuje się w istocie kontynuacją starego serialu – z tymi samymi aktorami, ale nową scenografią.

Tak naprawdę, wszystkie te publikacje – od „dewastacji kliniki” po „koniec kształcenia w MSWiA” – nie są o studentach. One są o profesorze Krzysztofie Gutkowskim. O człowieku, którego znowu ktoś próbuje pozbawić wiarygodności, zanim zacznie się mówić o tym, co naprawdę istotne.

W interpelacji radnego Krzysztofa Kłaka sprawa została nazwana po imieniu: ruszają postępowania prokuratorskie dotyczące dawnych nieprawidłowości w Klinicznym Szpitalu Wojewódzkim nr 1 (obecnym Szpitalu Uniwersyteckim). Wreszcie ktoś sięga po dokumenty, które latami leżały w szufladach. Sprawa prof. Mazura, który – jak sam Ortyl przyznał – przeprowadził konkursy, których nigdy nie było. Sprawa dr Kruczały, który pobierał wynagrodzenie za pracę, której nie wykonywał. Przede wszystkim sprawa wprowadzania robota operacyjnego. I cała ta sieć pozornych procedur, przemilczeń i umów pisanych dla pozoru.

Trudno się dziwić, że w chwili gdy prokuratura zaczyna pukać do drzwi, trzeba w pośpiechu tworzyć nowe narracje. Zasada jest stara jak polityka: zanim ktoś zapyta o fakty, trzeba mu dać nowy temat. Najlepiej taki, w którym wszystko jest jasne, emocjonalne i nie wymaga śledztwa. Wystarczy powtórzyć trzy razy: „Gutkowski kontrowersyjny”, „szpital MSWiA zamyka drzwi studentom”, „rektor reaguje”.

To właśnie jest drugie dno drugiego dna – próba uprzedzenia wydarzeń. Bo gdy ruszą postępowania, gdy ujawnią się nazwiska, kwoty i podpisy, łatwiej będzie powiedzieć: „Gutkowski jest niewiarygodny”. Media mają dostarczyć tła, by w razie czego nikt nie szukał winnych po stronie tych, którzy przez lata zarządzali regionem jak prywatnym folwarkiem.

Dlatego w tej orkiestrze nieprzypadkowo pojawił się także profesor Adam Reich. Dziś rektor Uniwersytetu Rzeszowskiego – uczelni, która w teorii walczy o naukowy prestiż, a w praktyce coraz częściej gra w orkiestrze samorządowych interesów. Pytanie, czy Reich gra, bo chce, czy dlatego, że musi.

Kiedyś, zanim został rektorem, kierował przecież kliniką w tym samym szpitalu, który dziś nazywa się Uniwersyteckim. Zna realia, wie, jak wyglądała kadrowa i finansowa mapa tej placówki. Trudno uwierzyć, że nie rozumie, iż decyzja o zerwaniu współpracy z MSWiA wcale nie jest neutralnym gestem administracyjnym. Raczej przypomina ruch wykonany w rytm cudzej partytury – grzeczny ukłon wobec polityków, którzy wciąż marzą, że po powrocie PiS do władzy znów będą rozdawać karty, gnębić ludzi, używać służb i prokuratury.

Reich mógł usłyszeć wiele: że bez ich poparcia nowy szpital w Świlczy nie dostanie finansowania, że trzeba „zachować równowagę”, że „trzeba umieć współpracować”. Tyle że współpraca w tym wykonaniu przypomina raczej dług wobec przeszłości niż strategię przyszłości. Rektor, który sądzi, że buduje bezpieczną pozycję na czas po zmianie rządu, najwyraźniej nie zauważył, że w samej partii, na której wsparcie liczy, już niewielu chciałoby cokolwiek podpisywać razem z Ortylem czy Kruczkiem.

Bo nawet w PiS rośnie przekonanie, że od działalności marszałka lepiej się zdystansować – nie z powodów ideowych, lecz procesowych. W końcu ile można udawać, że nie widzi się dokumentów, protokołów i decyzji, które same w sobie są materiałem dowodowym? Coraz więcej osób w tym środowisku po cichu kibicuje, by prokuratura wreszcie zrobiła to, czego przez lata nie robiła: zaczęła działać i uwolniła ich od Ortyla, skoro sami nie potrafią od lat tego, co jest obowiązkiem moralnym, ale przecież też ich interesem. Ile razy można stawać do wyborów licząc na to, że wyborcy znowu nie zauważą?

Z tej perspektywy medialna ofensywa wydaje się ostatnim aktem obrony – desperacką próbą stworzenia symetrii. Skoro prokuratura ma pytać o różne rzeczy, to media muszą pytać o Gutkowskiego. Skoro w papierach pojawi się nazwisko Ortyla, to w nagłówkach musi pojawić się nazwisko Gutkowskiego. Tak buduje się miraż równowagi: jedni i drudzy winni, więc nikt naprawdę winny. Właśnie to sprawia, że cała historia z rektorem Reichem i „blokadą studentów” wygląda jak starannie wyreżyserowany spektakl.

Jeśli w najbliższym czasie w „Gazecie Wyborczej” pojawi się tekst postulujący odwołanie prof. Gutkowskiego – będzie to już tylko potwierdzenie całej tej konstrukcji. Nie będzie to dziennikarstwo. Będzie to akustyka strachu – próba zagłuszenia kroków, które słychać coraz wyraźniej w korytarzach prokuratury i urzędów…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *